Menu
reklama
reklama
reklama

Olek Brzeziński

Przeprowadzić wywiad z Olkiem Brzezińskim, to nie taka prosta sztuka. Nie dlatego, że nie ma on czasu, nie dlatego, że ciężko z Niego "wyciągnąć" informacje.

Nie ! Wręcz przeciwnie. Rozmowa zaczyna się od zapalenia papierosa, zamówienia czegoś do picia i od, to naturalne, pierwszych pytań. I tu zaczyna się problem. Olek ma tak wiele, tak ciekawych rzeczy do powiedzenia, tak wiele chce opowiedzieć, że nie sposób mu przerwać, ale potem dość trudno wyselekcjonować z nagranego materiału to, co najważniejsze. Rozmowa to nie proste zadawanie pytań, ale wielokrotne dywagacje, odskakiwanie od meritum.

Czy to źle? Ależ absolutnie nie. Rozmowa wciąga, zbacza na inne tory, przez co jest ciekawa i zmusza do koncentracji, uwagi. Trudniej jest potem przenieść to wszystko na "papier", na język pisany.

Z tego też powodu wywiad, który mamy wraz z Aleksandrem Brzezińskim zaszczyt zaprezentować w ramach cyklu "Z Jaworzna na Parnas" jest bardzo długi, często nawet chaotyczny, ale z tego powodu oddaje cały charakter i niespotykaną energię, wrażliwość jednego z najbardziej obiecujących artystów, którego korzenie są zakotwiczone właśnie w Jaworznie.

- Ile lat miałeś, kiedy zwróciłeś  uwagę na muzykę? Oczywiście, że każdy kiedyś występował  w szkolnych teatrzykach, najczęściej taki moment podaje się  za kluczowy, ale jeśli wszyscy byliby artystami, to pewnie wszyscy mieliby taki sam początek, ale chodzi o taki moment, kiedy rzeczywiście poczułeś jakąś szczególną moc. Sama nauka w szkole muzycznej nie decyduje o wybitnym talencie, jakim niewątpliwie Ty dysponujesz.  

 - Muszę powiedzieć, że naprawdę udział w teatrzykach był dość istotny, bo tam dostałem pierwszy sygnał, że jakiś mały talent we mnie tkwi. Jednak moment przełomowy nastąpił, kiedy uczęszczałem do Szkoły Muzycznej w Jaworznie. Dyrektor szkoły, który uczył mnie grać na trąbce, wymyślił, że pojadę na Festiwal Młodego Muzyka. Nie wiem, na jakiej podstawie akurat mnie wytypował. Nie czułem się ani na siłach, ani nie miałem zamiłowania do stricte klasycznej muzyki, takiej szkolnej. To był mój ostatni rok w szkole, a ja w międzyczasie chodziłem do klasy sportowej. Sytuacja była taka, że na treningach dostawałem burę za to, że zamiast ćwiczyć - gram, a w szkole muzycznej dostawałem burę, za to że kopię piłkę, że mogę złamać rękę i nie będę mógł być muzykiem.


- Czyli miałeś  dwie pasje: muzykę i sport.

- Tak, przez pięć lat to było takie dwutorowe. Muzyczne i sportowe. Kiedy w końcu Szkołę Muzyczną skończyłem to absolutnie... chciałem zostać  sportowcem. Ale takim pierwszym ważnym sygnałem był właśnie Festiwal Młodego Muzyka. Dostałem zadanie, aby przygotować się do niego w pół roku. Nie przejąłem się tym zbytnio i dopiero miesiąc przed rozpoczęciem Festiwalu zacząłem przygotowania.
A do pracy skłoniło mnie to, że Pan Dyrektor Jan Jarosz, pięknie wjechał mi na ambicję, mówiąc, że niepotrzebnie tam jadę, że to szkoda czasu. Mówił, że on coś tam we mnie widzi, ale ja tego nie zauważam - swojego talentu - że go nie umiem wykorzystać, więc po prostu nie ma sensu, żebym jechał. Na takie dictum szczerze obraziłem się na Niego i powiedziałem - no to ja Ci pokażę!

No i rzeczywiście pokazałem -  zagrałem ten festiwalowy „wykon", patrzę wieczorem na listę wyników, a tu stoi jak byk - trzecie miejsce.
Rozpłakałem się, bo chciałem już wracać do Jaworzna i zagrać sobie z kolegami w piłkę, a tu musiałem zostać jeszcze dwa dni dłużej, aby wziąć udział w koncercie galowym.
Po występie finałowym Dyrektor stwierdził, że gdybym tak zagrał na przesłuchaniach konkursowych, to na pewno zająłbym pierwsze miejsce. Zresztą powiedział to na podstawie rozmów zakulisowych z jurorami.
Udział w festiwalu był  jeszcze z jednego względu ważny. Poznałem tam Panią Gaik, świetną  pianistkę, pedagog,  która potem uczyła mnie fortepianu, jako przedmiotu dodatkowego, ale tyle, ile się u Niej nauczyłem techniki, to chyba u nikogo innego. Przy czym co było fajne: Ona też chyba we mnie coś zauważyła, bo nie graliśmy utworów. Kazała mi ćwiczyć wprawki techniczne. Nawet nie etiudy, tylko wprawki.
Wróciłem do szkoły. Zastałem tam kompletne zdziwienie, bo nigdy nikt by nie przypuścił, że mogę zdobyć nagrodę. Wraz ze mną byli tam dwaj piątkowi uczniowie, na których liczono, a oni nie zdobyli nic.

Dlatego uważam, że to był  właśnie taki pierwszy ważny moment, w który jeszcze wtedy nie uwierzyłem, ale po latach myślę, że chyba jednak ci nauczyciele coś widzieli we mnie, skoro mnie tam w ogóle posłali.
- Ciekawi mnie, jakim cudem w ogóle znalazłeś się w Szkole Muzycznej?

- Po pierwsze było blisko, raptem dwa bloki dalej, po drugie mama wymyśliła, że byłoby dobrze, żebym oprócz jakiegoś rozwoju ogólnego, spróbował czegoś w kierunku sztuki. Właśnie to jest fajne u moich rodziców, że chcieli mi pokazać wiele możliwości, a nie tylko jedną na zasadzie: bądź lekarzem, prawnikiem. Sport - ale nie tylko WF, ale właśnie klasa sportowa - za tą opcją był tata, a Szkoła Muzyczna to była propozycja mamy. Oboje rodzice są nauczycielami, Tata po AWF, Mama - nauczanie początkowe, ale i wychowanie muzyczne.
Po kilku latach nagle sam zacząłem dla siebie odkrywać muzykę.  W domu było pianino, więc często sobie na nim pogrywałem. Już w Liceum, w „jedynce", do której chodziłem, poznałem kilku podobnych do mnie chłopaków i stwierdziliśmy, że zakładamy zespół.
Sprzedałem pianino, kupiłem klawisze. Zespół był heawy metalowy. Bardzo ostre granie, bardzo !
Facet, który grał na bębnach, nigdy wcześnie na bębnach nie grał, tylko na garnkach ćwiczył  w domu. W domu kultury dostał pierwszy raz perkusję. Nie wiedział  co się z tym robi.
Oczywiście wszystko graliśmy nierówno, nieczysto, ale z super energią. To nas cieszyło.
Potem było jakichś tam kilka zespołów kolejnych, jakiś bluesowo rockowy, potem rockowy, potem bluesowy. Pojęcie estetyki zaczęło się zmieniać  na nazwijmy je, bardziej szlachetne - nie tylko energia, choć  i w tej chwili mogę powiedzieć, że doświadczenia z metalem są w dalszym ciągu źródłem jakichś inspiracji.
Ten „power", to coś  nieprzewidywalnego, ten brud, ta moc wynikająca wyłącznie z emocji, a nie z techniki, czy ze świadomości umiejętności grania na jakimkolwiek instrumencie.
Chęć grania nie wynika z konieczności zarobienia pieniędzy, ale z wewnętrznej potrzeby.

Nie bez kozery mówię  o takiej ideologii, bo piękną rzeczą jest robienie muzyki dla muzyki - ja taki właśnie jestem.
Ja zawsze muszę mieć  coś więcej, coś innego: historia, filozofia, historia teatru, jakiś dramat, obraz,  bądź statyczny, bądź telewizyjny. To jest jakaś inspiracja, to jest jakaś idea, w którą wchodzę, albo nie. Trzeba się czymś wspierać, w piosence jest to tekst, albo myśl, którą ten  tekst przenosi i to jest jakby drugie dno, gdzie jest coś pod spodem. Nie tylko ładnie zaśpiewany tekst, ale coś nawet docierającego do podświadomości.


- Ukończyłeś Szkołę Muzyczną w Jaworznie. Co dalej... ?

- Potem była przerwa na Liceum Nr I, a w jej trakcie stwierdziłem, że chyba nic mnie więcej nie interesuje oprócz muzyki i trafiłem do naszego Domu Kultury. To była trzecia klasa. Zaczęła się Piwnica Teatralna „Pod Sceną", która tak naprawdę była zainspirowana „Piwnicą pod Baranami".
Prowadziły ją dwie osoby, czyli Ula Warszawska i jej mąż Darek Adamczyk. Oni byli zakochani w Piwnicy pod Baranami i rozkochali grupę ludzi w tej estetyce.

- Już sama nazwa ma w sobie coś z magii, z tajemniczości, z podziemia i chyba z Krakowa... Pamiętam czasy, kiedy chodziłem na przedstawienia, ale chyba Piwnica Teatralna „Pod Sceną" to było zdecydowanie coś więcej niż tylko scena i spektakle. Przecież to była grupa ludzi oddana całkowicie temu, po co tu przychodziła.

- Tak,  do tego stopnia, że mieliśmy spore problemy w szkole - do pewnego momentu, do którego zaraz wrócę. Byliśmy zakochani w tym miejscu, nagle poczuliśmy, że możemy robić to, co chcemy, od początku do końca. Tego nie mieliśmy w szkole, w domu. To było poczucie bycia sobą, takimi, jakimi naprawdę jesteśmy, że palimy, pijemy, że kochamy się, zakochujemy. Mogliśmy robić to, co chcemy i nigdy nie przeginaliśmy, bo wiedzieliśmy, że my to możemy zrobić. Czyli nie było w nas buntu, bo nie było się przeciwko czemu buntować. To był taki fajny rozwój przez rozmowy, przez wyjazdy na koncerty. Bo to nie były oczywiście tylko próby.
Jeździliśmy wspólnie na koncerty, zaglądaliśmy bardzo często do Piwnicy pod Baranami, Piwnica przyjeżdżała tutaj - czy to poszczególni artyści, czy też cały zespół. Dla nas to byli niesamowici muzycy, artyści. Dla mnie ten czas trwa dalej, bo przecież dziś to są moi przyjaciele, znajomi, z nimi się spotykam, z nimi gram. Chociaż Piwnica bardzo się zmieniła - nie do poznania. W tej chwili wydaje się, że to jest muzeum. Muzeum Piotra Skrzyneckiego i Piwnicy, która była. Dla mnie Piwnica się skończyła, kiedy umarł Skrzynecki. Dzieje się sporo nowych rzeczy, ale klimat jest  już inny.

- Jakie tam jest Twoje miejsce?

- Moje związki z artystami są przyjacielskie, bo ja sam nie jestem artystą piwnicznym. Bywam tam, bo większość tych ludzi to moi przyjaciele, bądź  współpracownicy.

- Nastąpił taki moment, kiedy zrobiłeś pierwszy krok w Krakowie. Jaki to był moment.

- Tak, to był jeden moment i jedno nazwisko - Basia Stępniak, która tam znalazła mi mieszkanie - prozaiczna, przyziemna sprawa... Lublinianka z pochodzenia, ale od kilku lat mieszkała w Krakowie, tu zaczęła studia i karierę.

- Jak się z Nią  spotkałeś?


 - Na Festiwalu Śpiewających Poezję „Łaźnia" w Radomiu. Pojechaliśmy tam z Wojtkiem. Baśka ten Festiwal wtedy wygrała, a zaprzyjaźniliśmy się na bankiecie. Bardzo mi się podobało to, co Ona robiła, Jej podobało się to, co robię ja, no i zawiązał się między nami fajny kontakt, po czym zaczęliśmy współpracować.
Pierwsze piosenki napisałem dla Niej jeszcze jako student wychowania muzycznego w Cieszynie. Ale to rozpoczęło mój kontakt z Krakowem - pisałem piosenki na trasie Jaworzno - Cieszyn, z rzadkimi, ale miłymi wyjazdami do Krakowa. Pokazywałem Jej to, co napisałem, a Ona to wciągała do swojego repertuaru.
Po pewnym czasie postanowiłem wyjechać do Krakowa. Basia wtedy opuszczała swoje mieszkanie na Jagiellońskiej, bardzo blisko Rynku i zadzwoniła do mnie, że chciałaby, abym tam zamieszkał, bo mielibyśmy wtedy okazję częściej współpracować.

- Powróćmy jeszcze do tego, jak znalazłeś się w Cieszynie.

- Szukałem takiej szkoły muzycznej, do której mógłbym iść. Nie mogłem iść na Akademię Muzyczną, bo nie miałem ukończonej szkoły drugiego stopnia, czyli tak zwanej matury muzycznej. Jednak wtedy jeszcze był sport i przegapiłem trochę ten moment, ale teraz właściwie nie ma czego żałować. Wtedy, tak naprawdę, też nie było.
Nie miałem nigdy dyskomfortu, spowodowanego tym, że nie skończyłem Akademii. Nie było takich sytuacji, żebym wychodząc na scenę, miał świadomość, że  mniej umiem, czegoś się obawiam.
Szukałem studiów, na których mógłbym uczyć się kompozycji. Okazało się że tam, w Cieszynie, są różne specjalizacje, między innymi również kompozytorska.
Tam dostałem szkołę pod tytułem „chór", gdzie zostałem barytonem w chórze akademickim, z którym uczestniczyłem w kilkunastu festiwalach akademickich w całej Europie. Samo uczestnictwo w takim chórze, pod dyrekcją pani Haliny Noniewicz - Urbaś, rewelacyjnej dyrygentki, nie technicznej, ale emocjonalnej, dało mi bardzo wiele. Po pierwsze dyrygent, a po drugie świetny człowiek. Wspaniała, zarówno na próbach, na scenie, ale właściwie przede wszystkim w życiu prywatnym. Bardzo lubiła się spotykać ze studentami - wulkan nie człowiek, o nieprawdopodobnej energii, wiedzy. To, czego od Niej się nauczyłem, a dowiedziałem się bardzo wiele, nauczyłem się głównie poza zajęciami akademickimi.
Zresztą, zawsze takich ludzi szukam, dla których to, co robią, nie jest obowiązkiem, zrobieniem projektu, zarobieniem pieniędzy, ale pójściem na całość. Jeśli wyjdzie, to będzie sukces, jeśli nie wyjdzie, to przynajmniej fajnie się zabawimy i czegoś się nauczymy.

- Ale zaraz zaraz, bo ucieliśmy od wątku, w którym mówiłeś, że w liceum miałeś kłopoty z powodu uczestnictwa i zaangażowania się w Piwnicę.

- Tak. Pani Miller - polonistka, która była moją wychowawczynią, przyszła na spektakl do Domu Kultury. To była trzecia klasa Liceum. I po spektaklu podeszła do Urszuli Warszawskiej, która nota bene była kilkanaście lat wcześniej również Jej uczennicą i powiedziała: „Ja już wiem. On nie będzie miał dobrych ocen z polskiego, z matematyki itp. On będzie artystą".
Zostało mi odpuszczone. W tym momencie przestano mnie postrzegać jako takiego trochę  lesera, który najczęściej czegoś się nie nauczy, nie ma żadnych zainteresowań, bo ja się nie za bardzo odkrywałem w szkole z tym, co robię poza nią.

- Moment, chyba jeden z najważniejszych - „Bombonierka".

- Z „Bombonierką" historia była taka : w ogóle piosenka nie była absolutnie pisana jako hit, przebój. To miała być piosenka reklamowa. Basia napisała tekst i przysłała mi go. Wymyśliła sobie coś takiego, że nagra płytę, na którą chciała wyciągnąć pieniądze od jakiejś fabryki czekoladek. Przysłała mi ten tekst i jakiś pomysł refrenu, z zaznaczeniem, że to ma być reklamówka. Tekst sobie leżał, leżał, w końcu Basia do mnie mówi - słuchaj, to musi być na jutro, bo idę na spotkanie z jakąś tam firmą rozmawiać o pieniądzach. Więc oczywiście cały wieczór poświęciłem, skomponowałem, nagrałem, zaśpiewałem, zrobiłem takie małe demo... no i cisza. Okazało się, ze firma ogóle w to nie weszła. Cisza trwała do momentu w którym Basia nagrywała płytę. Zaproponowała, że zaśpiewa to z Grzegorzem Turnauem. Mówi - spróbuję, nie wiem, czy to się uda... Mówię - próbuj.
I rzeczywiście spróbowała. Po półrocznym „polowaniu" na Grześka, który musiał  znaleźć jeden wolny wieczór na nagranie, w końcu się udało. Nagrał, a potem już poszła lawina.

- Tę lawinę już  przeżyliśmy w mediach. To wręcz nieprawdopodobne, że właśnie taka piosenka różna od innych, taka typowo krakowsko-piwniczna zdobywa taką popularność.

- Tak, to jest i dla mnie wielkie zaskoczenie, tym bardziej niesamowite, że przecież my z Basią  napisaliśmy chyba z pięćdziesiąt piosenek, które są naprawdę bardziej skomplikowane, z lepszymi pomysłami. Okazuje się że jednak ta zdobyła popularność największą, ale nie tak znowu od razu.
Przez pół roku nikt płytą  się nie zainteresował. Nikt nie kupował, co mnie martwiło, bo przecież napisałem do niej sześć piosenek. Były problemy z wytłoczeniem płyt, bo nie wiadomo było, kto to sprzeda.
I nagle Basia wysyła płytę  do Marka Niedźwiedzkiego, on niedługo potem oddzwania i mówi, że to jest świetna piosenka. „Puszczę to i zobaczymy co będzie dalej".
Nie zabiegaliśmy o to, jak to czynią wielkie firmy, nie było żadnej nachalności, żadnej próby wpływania na to.
I Marek Niedźwiecki to puścił. Nagle okazało się, że piosenka, napisana tak naprawdę lewym palcem u nogi, ze świadomością, aby tylko tekst zgrał się z muzyką, zdobywa wielką popularność. Nie mieliśmy żadnego wpływu na to, co się dalej dzieje.
Dzięki tej historii z „Bombonierką" okazało się, że sztuka ma o wiele większy wymiar niż  tylko napisanie tekstu i muzyki. Tu pojawiają się bardzo głębokie uczucia: od fascynacji, połączonej z zauroczeniem, które można porównać do miłości, do jej kształtowania. Artysta musi być blisko z drugim artystą, muszą się znać od podszewki, muszą czuć siebie, ze sobą przebywać, musi coś między nimi iskrzyć.
Tak też jest z przedstawieniem teatralnym. Najpierw pracuje się z reżyserem i tak naprawdę  przebywa się tylko z nim. Potem z aktorami - mówię o sobie jako o kierowniku muzycznym różnych projektów - i dajemy siebie całkowicie. Pozbywamy się swojej prywatności, oddajemy się sobie bez reszty. Bo tylko tak można się zrozumieć i móc pracować razem, prawdziwie. I tak jest z Basią. Pracujemy nad czymś i cały czas poświęcamy sobie, dzień, tydzień, miesiąc.

- Ok, no to jesteśmy już po „Bombonierce", która zapewne sprawiła, że jesteś rozpoznawalny, znany, sławny. Jaki to miało wpływ na dalsze Twoje życie?

- To jest właśnie temat „Bombonierki". Przecież to, co się dzieje w tej jednej piosence, to jest jeden mały fragmencik, który bardzo mało mówi o mnie, o mojej naturze, twórczości.

- Czy nie boisz się, że sam trafisz do szufladki, do takiej przegródki w bombonierce?

- Być może, ale na chwilę. Nie boję się tego, wręcz przeciwnie, okazało się to pomocne. Wiele razy zdarzyła się sytuacja, kiedy ktoś, gdzieś, wśród aktorów, usłyszał moje nazwisko i od razu skojarzył: aaa, to ten od „Bombonierki" i to pozwoliło poznać nowych ludzi, nawiązać kontakty, współpracę.

- Jaworzno - co czujesz do tego miejsca? Co czujesz do ludzi, z którymi przychodzi Ci pracować  nad nowym spektaklem tutaj, w Sali Teatralnej.

- Ja tak zaczynałem i wiem, że oni potrzebują takich osób, jakie ja miałem, czyli Ulę, Darka czy Zbyszka Rutkowskiego. To co tu robię to taka, górnolotnie mówiąc, próba oddania młodym tego, co sam kiedyś dostałem.

- Znajdują się  fajni ludzie, którzy po prostu „czują bluesa", którzy kiedyś mogą stać się prawdziwymi artystami?

- Pewnie. Zaczęło się  od Wojtka. Potem była Justyna Chowaniak, i wciąż pojawiają  się ludzie, którzy być może pójdą dalej tą  drogą.

- Czas pokazać projekty,  których brałeś udział, Twoje autorskie.

- W teatrze Współczesnym w Szczecinie zrobiłem dwa przedstawienia: „Przystanek" około roku 1996, w roku 2004 „Cyrk 76" wspólnie z Arkadiuszem Buszko. Z nim również zrobiłem „Dziejbę leśną" i „Mamy potwora" z teatrem Krypta w Szczecinie.
„Zapatrzeni", oparty na tekstach Kofty, to projekt zrobiony z moim bratem i Grażyną Madej, aktorką  i wokalistką Teatru Współczesnego - było to w Piwnicy pod Kryptą.
W Zabrzu z Pawłem Szumcem, „Znaki szczególne brak", za który dostałem nagrodę na Festiwalu Dramaturgii Współczesnej w roku 2007.
Z Pawłem zrobiłem też  „Don Kichote" w Teatrze Narodowym im. Jaracza w Olsztynie to był wrzesień 2008
Marzec 2008 - Teatr Ludowy w Ratuszu Prach György Spiró „Mewa" A. Czechowa -  PWST Krakowska. Spektakl zrobiony ze wspaniała reżyserką, Natalią Sołtysik. Bardzo, bardzo zdolna osoba.

- Czy jesteś związany z jakiś teatrem na stałe?

- Nie, jestem wolnym strzelcem.

-  Czym dla człowieka, który jest artystą jest  Kraków?

- Kraków to jest jedynie miejsce, gdzie wiem, że na pewno mógłbym mieszkać.

- Jesteś po kolejnej przygodzie, jaką był Ogólnopolski Festiwal Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu, w marcu 2009 tego roku. Co sprawiło, że pojawiłeś się znów w gronie wykonawców konkursowych ?

- Po kilku latach przerwy w festiwalach, zadzwoniła do mnie Justyna Chowaniak, nasza gwiazda musicalu „Julka na afisz", z propozycją wyjazdu na Festiwal Piosenki Aktorskiej, o którym zawsze marzyła. Był to pierwszy w jej życiu festiwal. Przygotowaliśmy trzy piosenki, ale mieliśmy niestety tylko dwa spotkania, bo Justyna w trakcie przygotowań do spektaklu w Warszawie, ja w Krakowie, w trakcie pracy nad dwoma spektaklami, ale mimo to odbyły się długie, owocne próby. We Wrocławiu Justyna stała się pewnym objawieniem, szczególnie dla jurorów, ponieważ rzadko się zdarza, żeby ktoś tu debiutował. Zwykle są to osoby znane już z teatru bądź innych festiwali. Po przesłuchaniach konkursowych rozmawiałem z jurorami, którzy byli nią zachwyceni i pytali, skąd ja taką dziewczynę wziąłem. Festiwal we Wrocławiu ma taką formułę, że tam na miejscu są dwa etapy, czyli przesłuchania konkursowe, po czym jest wytypowanych około 10 osób do koncertu galowego, gdzie odbywa się ostatni etap tego festiwalu. Śpiewa się po jednej piosence z tych trzech przygotowanych. Jury spotyka się po raz kolejny i po tych obradach, po około godzinie, jest ogłoszenie wyników. Justyna znalazła się w ścisłym finale, co prawda nic więcej się nie udało zdobyć, ale otrzymała wiele pozytywnych głosów na swój temat, no i ja też dowiedziałem się o zachwycie jurorów osobą Justyny.

- Wszystkie piosenki były Twoje?

- Żadna. Nie mieliśmy czasu, żeby zrobić oryginalny repertuar. Były to interpretacje piosenek, które wybraliśmy z Justyną i w których ona dobrze się czuje. A że Justyna ma przeszłość punkową, wybraliśmy dwie takie właśnie piosenki i przerobiliśmy je na głos z fortepianem, co było ciekawym eksperymentem. Ze znanych piosenek zaśpiewała piosenkę z Piwnicy pod Baranami „Taka głupia to ja już nie jestem", którą kiedyś śpiewała Krystyna Zachwatowicz - bardzo znany hicior.

- Trzeba mieć odwagę,  żeby taką piosenkę zaśpiewać, to klasyka.

- Racja, racja. Justyna jednak zrobiła to doskonale. Jednym z jurorów był Janusz Grzywacz, znany kompozytor, pianista, współzałożyciel zespołu „Laboratorium", oczywiście również kompozytor muzyki teatralnej i powiedział mi po przesłuchaniach konkursowych, że to najlepsza wersja tej piosenki, jaką słyszał. Co więcej jest on profesorem Szkoły Teatralnej w Krakowie i prowadzi  warsztat piosenki, więc nie jest to byle kto i jego słowa są znaczące. I z pewnością słyszał miliony wykonań tej piosenki, ucząc młodzież.

- Wielką rolę odegrał  zapewne akompaniament Aleksandra Brzezińskiego. Obserwowałem Cię często podczas pracy z młodzieżą w Jaworznie i zwróciłem uwagę na Twoją swobodę w posługiwaniu się klawiaturą. Mając ją przed sobą, mając tekst, Ty słyszysz już, jak ma brzmieć cały utwór. Nawet jeśli nie znasz piosenki, po usłyszeniu kilku dźwięków potrafisz zagrać ją w całości. 

- To jest techniczna umiejętność. Trzeba słyszeć harmonicznie. Można słyszeć linearnie, czyli idziesz za melodią, jak ktoś słyszy harmonicznie, to zawsze słyszy linearnie, na odwrót tego nie ma. Mają z tym problem instrumentaliści instrumentów o jednym tonie. Harmoniczne dają możliwość usłyszenia naraz wielu dźwięków, szczególnie w prostej muzyce rozrywkowej.
Niekiedy tworzę aranżację, potem przearanżowuję ją całkowicie, czasem jest lepszy efekt. Od kilku lat zacząłem się interesować syntezatorami i mój świat jeszcze bardziej się powiększył. Odkrywam  brzmienia, których  dotychczas nie było. Sam je stwarzam. Wymyślam brzmienie, które nie jest konkretnym instrumentem, jest czymś innym. I na syntezatorze, pamiętając to brzmienie, próbuję dojść do dźwięku, który sobie wyobraziłem. Niestety, taka zabawa, to niesamowity pożeracz czasu,   który można poświęcić na coś innego. Jednak to fascynuje, bo przecież odkrywam zupełnie nowy świat muzyki, właściwie tworzę nowe instrumenty, bo tych brzmień nie ma.

- Twoją muzykę, zawsze się poznaje. Wiadomo, że to gra, albo skomponował Olek...

- Dzięki, może dlatego, że dążę do przekazywania własnych emocji, własnym  językiem. Myślę, że o tym nie trzeba nawet mówić, bo to są fluidy, które albo  masz, albo ich nie masz.
- Wróćmy do Piwnicy „Pod Sceną". Czy już wtedy, tutaj, byłeś, a raczej twój talent został wykorzystany do tworzenia dla całego zespołu?

- Oj, absolutnie to nie było wykorzystywanie. Nikt mi nic nie kazał, nie narzucał. Ja to robiłem z własnej woli, bo tak chciałem. Tu była taka atmosfera, że po prostu chciało się to robić. I w zasadzie miałem wolną rękę. Mając te 17 czy 18 lat powoli uczyłem się, jak być na przykład kierownikiem muzycznym, bo musiałem poprowadzić pewne przedsięwzięcia. Oj, nie musiałem - sam chciałem !

- Piwnica Teatralna „Pod Sceną" była znana, była czymś wielkim. Dlaczego upadła? Czy dlatego że został przeprowadzony remont, że znikła sala za skrzypiącą podłogą, drewnianymi krzesłami, specyficzny zapach, niczym w muzeum?

- Pewnie trochę też, ale ja muszę od siebie powiedzieć, że zauważyłem, iż  w pewnym momencie zacząłem iść jakąś swoją drogą. Wszystko było fajne, dopóki bawiliśmy się. Pół roku pracowaliśmy, potem wystawialiśmy przedstawienie i dość. W pewnym momencie uznałem, że że chcę robić więcej i więcej. Zdarzały się i konflikty, bo ja chciałem bardzo muzycznie i bardzo profesjonalnie podchodziłem do wszystkiego, a chyba nie do końca wszystkim o to chodziło.
Poza tym to kwestia pewnych decyzji, co się chce robić w życiu, bo przecież nie można całe życie siedzieć w Domu Kultury i robić  przez pół roku jedno przedstawienie, zagrać to dwa, trzy razy i robić następne. Zacząłem się buntować, robić swoje rzeczy. Wtedy to był już czas, kiedy zabrałem Wojtka -  mojego brata do Domu Kultury i zaczęliśmy pracować nad swoimi rzeczami, swoim projektem, obok Piwnicy, jakby równolegle. Dla mnie to zaczynało być ważniejsze, bo widziałem w tym możliwość wypłynięcia dalej. W tym punkcie były największe konflikty.
To były takie muzyczno - aktorskie projekty. Wojtek właśnie tutaj stawiał swoje pierwsze aktorskie kroki. Ja pisałem muzykę, szukaliśmy tekstów, tekściarzy, robiliśmy programy, które zawsze miały charakter parateatralny. Choćby dlatego, że to nie były tylko piosenki, ale pojawiała się w nich interpretacja aktorska.

- I postanowiliście z tym gdzieś pojechać dalej...

- Oczywiście. Festiwale.

- Jak to było za pierwszym razem?

- To trudne pytanie, bo... naprawdę nie pamiętam. Ale mieliśmy taki okres, kiedy jeździliśmy na wszystkie festiwale. Oczywiście związane z piosenką studencką, czyli krakowski FSP,  FAMA, Olsztyńskie Spotkania Zamkowe z Poezją Śpiewaną. I oczywiście Wrocław - Piosenka aktorska, i Rybnik. Wymyślono tam taki „festiwal festiwali", na który byli zapraszani laureaci wszystkich innych konkursów.  Pierwszą edycję tego festiwalu wygraliśmy właśnie my, nie mając w dorobku żadnego pierwszego miejsca, na żadnym wcześniejszym konkursie.

- Z jakim nastawieniem jechaliście na te festiwale, czy wiedzieliście, mieliście świadomość, że wiele sobą reprezentujecie, czy mieliście pewność, że to co robicie jest dobre i to musi chwycić?

- Nigdy tak nie myśleliśmy.  Mieliśmy nadzieję. Świadczyła o tym reakcja publiczności, zdania kolegów, fachowców, którzy tu przyjeżdżali i nas słyszeli - na przykład podczas Dni Muzyki „Jeunesses Musicales".
Kiedyś była taka tradycja, że na „Jeunesses" mieli możliwość zagrania młodzi artyści wyróżniający się na naszej scenie. Był to krótki koncert poprzedzający koncert gwiazdy w pierwszym dniu „Jeunesses'u". Mieliśmy możliwość konfrontacji z gwiazdami i właśnie wtedy słyszeliśmy  pozytywne opinie.
Jeśli jednak nawet nie udało nam się zdobyć nagrody na jakimś przeglądzie, to i tak były to zawsze fantastyczne przeżycia. Spotykaliśmy się  ze znajomymi, poznawaliśmy ludzi z całej Polski. Poza tym, Boże... to nie jest sport, to po prostu wspaniała zabawa, piękne przeżycia. Nie najważniejsza jest tu kwestia zdobycia punktowanego miejsca, choć to oczywiście bardzo przyjemne.
Byliśmy na dwudziestu kilku festiwalach i nauczyliśmy się tego, że dla każdego, w każdej chwili, jest jakieś miejsce. Jeśli się jednym razem nie zdobędzie nagrody, to nie znaczy, że jest się gorszym, nikt nigdy nie rozpacza, nie żałuje, nie zastanawia się nad tym, co źle zrobił, że znalazł się na siódmej pozycji a nie wyżej.
Ale nawet te „porażki" dawały nam wielkiego kopa. Byliśmy szczęśliwi, że zobaczyliśmy, poznaliśmy kogoś nowego, czegoś się nauczyliśmy, coś podpatrzyliśmy. Poza tym był kontakt z jurorami, których dziś wszystkich znam, dzięki tamtym chwilom. Spotykam ich dziś w różnych miejscach i uczucie jest takie, jak gdybyśmy się znali zawsze, widzieli wczoraj... Zawsze mamy od razu mnóstwo tematów do rozmów.
Często ludzie, z którymi razem występowaliśmy, dziś robią zupełnie co innego. Przychodzą  następni, którzy, tak jak my, chcą część swojego życia poświęcić sztuce, takiej, jaką między innymi ja potrafię im pokazać, jaką chce im "zaszczepić" w mentalność, aby w życiu nie myśleli tylko o "mieć", ale i, a może przede wszystkim, "być".


I są, idą, garną się  do pracy w Teatralnej Grupie Wielozadaniowej, gdzie pod okiem kompozytora, muzyka, wychowawcy, jakim jest Olek, nabierają nawyków scenicznych, uczą się śpiewać, grać, czego dowodem są przedstawienia co kilka miesięcy wystawiane na deskach naszej "Teatralnej".

Powrót na górę

Instytucje miejskie

Kultura

Polskie portale

INSTYTUCJE

Miasta różne

Follow Us